piątek, 13 listopada 2015

Epilog

Noc jest chłodna.
Budzę się i nie mogę już zasnąć. Siedzę i rozmyślam, potem zaczynam krążyć do domu.
Zaglądam do pokoju Lori. Śpi, zwinięta w kłębek, z piąstką pod policzkiem. Czarne loki – takie jak Gillesa, nie jak moje leciutko tylko falujące włosy – opadają jej na zaróżowioną buzię. Jako matka nie jestem zapewne najbardziej obiektywna, ale Lori wydaje mi się ślicznym, bystrym, czasami tylko nieco zbyt upartym i skupionym na sobie – choć to chyba nic niezwykłego w tym wieku – dzieckiem.
Omal nie potykam się o Lullaby, wyglądającą w ciemnościach jak cień. Na mój widok mruży ślepia i prycha.
Lori przyniosła ją do domu któregoś dnia. Biedne zwierzę nawet nie broniło się, kiedy z upodobaniem całowała je i ściskała.
– Nazywa się Pan Lullaby – poinformowała nas.
– Naprawdę? – zapytałam. – Kto go tak nazwał?
– Ja – oświadczyła z dumą. Wycisnęła na pyszczku kociaka jeszcze jeden pocałunek. Przez głowę przegalopowały mi wizje tysiąca chorób, którymi mogłaby się zarazić od zwierzęcia.
– Na litość boską, Gilles, zabierz jej to nieszczęsne stworzenie – jęknęłam. – Pączuszku – zaczęłam lekko zdesperowana. – Nie możesz tak po prostu przynosić do domu kotka.
Pączuszek zrobił nadąsaną minę.
– Dlaczego?
– Bo… bo może do kogoś należy.
Spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
– Nie – oznajmiła autorytatywnie.
– Och, pozwól jej go zatrzymać – powiedział pojednawczym tonem Gilles. – Nie będzie nikomu przeszkadzać. Oczywiście zamieszkałby na dworze – zastrzegł szybko. – Nie w twoim pokoju, Lori.
Wyglądała na odrobinę rozczarowaną, ale widząc, że ojciec ją popiera, szybko przybrała słodką minkę.
Poddałam się. Zostałam przegłosowana. Zresztą, tak naprawdę nie miałam nic przeciwko kotu – a ten, choć wychudzony i zabiedzony, był naprawdę ładny. Miał długą, szarą sierść i błękitne oczy. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie jest rasowy i ktoś się po niego nie zgłosi. Chciałam oszczędzić Lori takiego rozczarowania. Moglibyśmy wziąć wtedy innego kotka, ale jeśli zdążyłaby się już przywiązać do tego…
Cóż, ominęło ją to. A Pan Lullaby oczywiście okazał się Panią, cierpliwie znoszącą pieszczoty tych dziwnych dwunogów, ale tylko Lori pozwalającą całować się i miętosić bez narażania się na rozmaicie przejawianą dezaprobatę. Szybko przekonaliśmy się też, że niezbyt interesują ją nasze poglądy na temat miejsca jej zamieszkania.
Przynajmniej mieliśmy już wtedy większy dom.
Babcia zmarła parę lat temu. Wtedy przekonałam się, co według niej znaczyło trochę pieniędzy – zostawiła mnie, Gillesowi i Lori po dwieście pięćdziesiąt tysięcy franków. Dla każdego jakieś dziesięć tysięcy funtów. Całą resztę dostał wuj Claude i Louis.
Uśmiecham się, przypominając sobie skandal, który wybuchnął w Prowansji, gdy wuj Claude tak po prostu przywiózł z jednej ze swoich podróży dziecko. Na szczęście przebywał wtedy poza domem ponad rok – oznajmił sąsiadom, że się ożenił, a żona zmarła przy porodzie. Nawet jeśli mu nie uwierzyli, nie odważyli się tego powiedzieć głośno.
Cóż, prawdą było, że zmarła i że była zamężna. Ale nie z nim.
– Jesteś pewien, że to twoje dziecko? – zapytałam go niepewnie, kiedy mi o tym powiedział.
– Jej mąż jest od lat w zakładzie psychiatrycznym. Tak, jestem pewien. To była krótka znajomość, ale… wiem, że nie miała innych. Przynajmniej nie w tym czasie.
Zawahałam się przed kolejnym pytaniem.
– Kochałeś ją?
Pokręcił głową.
– Nie. Nie martw się, Elodie – dorzucił, widząc moje ściągnięte brwi. – Nie jestem na tyle lekkomyślny, szczerze wątpię, żebym miał jeszcze jakieś dzieci, o których nie wiem. Po prostu tym razem… cóż, jak to mówią, najwidoczniej los tak chciał.
Nie widziałam go od dawna, ale wuj Claude wysyła mi czasem fotografie Louisa, które musiałyby przekonać największych niedowiarków. Chłopiec wygląda jak dokładna kopia ojca.
Ciekawi mnie czasem, jak przyjęła to babcia. Czy była dumna z wnuka, czy pokręciła głową nad swoją progeniturą, wiecznie pakującą się w kłopoty i nieprawomyślne sytuacje.
Zastanawiam się, czy wiedziała o mnie i Gillesie. Zazwyczaj pragnę, żeby nie, ale niekiedy myślę, że cieszyłabym się jednak, gdyby miała tę świadomość. Bo lżej byłoby wiedzieć, że znała naszą tajemnicę i potrafiła nam wybaczyć.
Już zawsze będą mnie jednak dręczyć wątpliwości.
Lori była jeszcze mała, kiedy babcia zmarła, więc mogliśmy spełnić jedno ze swoich najgorętszych marzeń. Mimo że czekaliśmy z tym do końca studiów w Paryżu, podczas mieszkania we Francji wciąż udając znajomych, zdążyła zapomnieć, że kiedykolwiek mówiła do Gillesa inaczej niż „tato”.
Po zakończeniu nauki – och, te studia były jednym z najszczęśliwszych okresów w moim życiu – przeprowadziliśmy się tu. Do Amberley, urokliwej wioski oddalonej o jakieś dwie godziny od Gloucester.
To był zupełny przypadek. Nie potrafiliśmy zdecydować, gdzie się osiedlimy. Wiedziałam, że w Anglii, to ona była moim domem, choć lubiłam i ceniłam Francję. Nie miałam jednak pojęcia, w której części państwa zamieszkamy. Nie powinna to być Kornwalia, nic, co wiązałoby nas z przeszłością, okolice Cambridge, Foulby czy Londynu, gdzie ktoś mógłby nas rozpoznać – ale poza tym zostawał jeszcze cały ogromny kraj, tysiące wiosek, setki miast. Kiedy miało się zbyt wiele możliwości, wybór stawał się coraz trudniejszy, wręcz niemożliwy.
Właściwie nie chciałam mieszkać w mieście. Hałaśliwe życie, ruch, pośpiech – to nie były rzeczy, do których byłam przyzwyczajona. Owszem, zdążyłam polubić Paryż podczas mojego pobytu tamże, obracałam się jednak w specyficznym środowisku i miejskie salony wciąż odstraszały mnie na równi z dzielnicami biedoty i wąskimi, brudnymi uliczkami. Cóż, niewątpliwie miasto miało też swoje zalety, jak możliwość znacznie szybszego załatwienia pewnych spraw, choćby natychmiastowego niemal zrobienia zakupów, obcowania ze sztuką, wyjścia w każdym momencie do teatru, opery, ale trudno było mi się pogodzić z jego wadami.
Ostatecznie, zawęziliśmy listę do wsi znajdujących się w niewielkiej odległości od większych miast. Najpierw jednak zdecydowaliśmy się nieco lepiej poznać Anglię. Podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy nowe miejsca, ciesząc się widokiem zabytków i pięknych krajobrazów. Obejrzeliśmy w tym czasie kilka domów na sprzedaż w różnych częściach kraju. Żaden jednak nie spodobał się nam na tyle, byśmy zdecydowali się w nim zamieszkać. Czasami zresztą budynki były całkiem ładne, okolica jednak nie wydawała się zbyt pociągająca.
– Zbuduję ci dom – powiedział miękko Gilles któregoś dnia. – Jaki tylko zechcesz.
To był kuszący pomysł – mieć dom dokładnie taki, jaki sobie wymarzylibyśmy – choć, prawdę mówiąc, nie miałam żadnych sprecyzowanych planów ani życzeń – ale zapewne budowa potrwałaby sporo czasu. Wiekowe rezydencje mogły się okazać równie czy nawet bardziej nęcące.
I wtedy trafiliśmy na ten dom. Zatrzymaliśmy się w Amberley właściwie przypadkiem, zmęczona Lori odmawiała dalszej podróży, od jej marudzenia rozbolała mnie głowa i w końcu uznaliśmy, że postój będzie dobrym rozwiązaniem. Wyszłam z pensjonatu na spacer, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, i, zobaczywszy tabliczkę z napisem „Na sprzedaż”, odruchowo podeszłam bliżej.
Budynek był uroczy, miał w sobie coś zachęcającego. Miękkie, faliste linie, pastelowe kolory ornamentów, błękitne szyby, gołębi kolor ścian – szczególnie spodobało mi się to ostatnie. Nie lubiłam przyciężkawych budowli, ponurych, ciemnych kolorów. Kiedyś, w Tanglewood, uparłam się nawet, że chcę mieć meble pomalowane na biało.
Ogród był duży, ładny, przecinał go maleńki strumyk, zdaje się, że stworzony za pomocą ludzkiej ręki, a w kącie nieopodal bramy spostrzegłam usypany przez kogoś skalisty wzgórek, na którym kwitły kwiaty. Za domem rosły jabłonki, krzewy malin i porzeczek, a także kilka grządek poziomek i truskawek. Część ogrodu, znajdująca się przed budynkiem, była bardziej reprezentacyjna – nie znałam nawet nazw większości ozdobnych, starannie przycinanych i kształtowanych drzew i krzewów. Rozpoznałam tylko swojskie świerki, rosnące niemal przy samym wejściu na teren posiadłości, i kilka lip; na jednej z nich – a może dwóch, splecionych gałęziami? – zawieszona była huśtawka. Trawnik pokrywały niezliczone stokrotki i mlecze. Uśmiechnęłam się. Lubiłam te polne kwiatki.
Tacie by się tu spodobało, pomyślałam wtedy.
– On wygląda, jakby chciał być kupiony – powiedziałam później Gillesowi. – To takie głupie, ale będzie mi dziwnie żal, jeśli go zostawimy.
Zostaliśmy. Nie wierzyłam w przypadki, przesądy i zabobony, ale zawsze uznawałam za szczęśliwy zbieg okoliczności zły humor Lori tamtejszego dnia.
Czasami tęsknię trochę za Tanglewood, za Kornwalią, za Prowansją, za Paryżem, za Foulby. Ale nie spędza mi to snu z powiek. Niewielu zostawiłam tam naprawdę bliskich znajomych i pogodziłam się powoli z ich utratą.
Zresztą widuję czasem Tess i Edena. Zdarzyło mi się odwiedzić parę razy Prowansję – bez Lori, oczywiście, nieświadomej różnic między naszą prawdziwą historią życia a tą stworzoną na użytek innych.
Bardzo zaprzyjaźniłam się z Tess podczas studiów w Paryżu, choć nasze stosunki ochłodziły się, gdy wyjechałam i nie przesłałam jej swojego adresu, choć obiecałam, że to zrobię, kiedy gdzieś zamieszkam na stałe. Nie obraziła się na mnie – nie, to nie byłaby Tess – ale chyba pomyślała, że nie chcę już tej znajomości.
Może kiedyś powiem jej, że jest inaczej, powiem, dlaczego tak zrobiłam. Nie oczekuję, że nie osądziłaby mnie negatywnie, że postąpiłaby tak samo, jak wuj Claude, ale wiem, że nie zdradziłaby mojej tajemnicy. Jeśli ktoś chciałby postarać się zrozumieć, to ona. Nie jestem jednak pewna, czy warto zaryzykować choćby i rozluźnioną znajomość dla potencjalnego, nawet jeśli milczącego, potępienia.
Może zrobię to któregoś dnia. Na razie wciąż za bardzo się boję, za zbyt nierozsądne to uważam.
Żona Edena zmarła przy porodzie, razem z dzieckiem. Poczułam się wstrząśnięta, kiedy to usłyszałam – ile ja sama miałam szczęścia. Rok po jej śmierci ożenił się z guwernantką, wywołując gwałtowny wybuch plotek, i szybko urodziła mu się córka. Christie, tak ją nazywał.
Spotkałam go kiedyś na spacerze z dzieckiem, kiedy mogło mieć rok, może dwa lata, podczas jednej z moich wizyt w Prowansji. Mała była ładną blondyneczką o oczach koloru morskiej wody.
– Nie spodziewałam się ciebie widzieć jako zaangażowanego w wychowanie dzieci – powiedziałam mu.
Uśmiechnął się ujmująco.
– Z czego wnioskujesz, że jestem zaangażowany? To tylko spacer.
Zawahałam się.
– Nie wiem. Nigdy specjalnie nie wierzyłam w te bzdury, że rodzicielstwo magicznie zmienia sposób patrzenia na świat. A jeśli nawet, to nie spodziewałabym się, że przydarzy się to tobie. Ale patrzysz na nią z taką… czułością. Możesz nie być dobrym ojcem, ale ją kochasz, prawda?
– Masz rację. Nic się nie zmieniło. Nadal nie lubię dzieci. Ale kocham Christie, mimo że, wbrew powszechnej opinii, uważam, że była obrzydliwie brzydka, czerwona i wrzeszcząca, kiedy się urodziła. Powoli zaczyna jednak odkrywać tajemny sposób komunikowania się z dorosłymi i uważam, że ma potencjał na ciekawszą jednostkę.
– Słyszałam, co się stało z twoją żoną i dzieckiem. Mam na myśli, poprzednią. Wiem, że to zabrzmi beznadziejnie konwencjonalnie i banalnie, ale przykro mi.
Zawahał się.
– Nie wiedziałem, jak się wtedy powinienem czuć – oświadczył w końcu. – Chodzi o to… nie zależało mi na opinii otoczenia, jeśli chcieli, mogli myśleć, że jestem nieczuły, i nie kochałem Aude, nie zdążyłem pokochać tego dziecka, byli mi w gruncie rzeczy obcy, a czemu miałbym się przejmować śmiercią kogoś obcego, tylu ludzi codziennie umiera. Ale w pewien sposób było mi ich brak. Dziwna rzecz, przywiązanie. – Przez chwilę milczał. – To był chłopiec – oznajmił w końcu. – Uparła się nazwać go po mnie, chociaż uważałem, że to głupie. W pewnych kwestiach była bardzo staroświecka. Cóż, przesadą byłoby twierdzić, że czułem po ich śmierci rozpacz, ale przygnębienie – owszem.
Patrzyłam na niego zamyślona.
– Czemu się znów ożeniłeś?
– Ranisz mnie, nie wierząc w szczerość moich uczuć – powiedział z udawaną powagą.
– Nie, po prostu cię znam.
– Mniej, niż ci się wydaje. – W jego oczach zamigotały figlarne ogniki. – Cóż, a gdybyś tylko przyjęła moją propozycję…
– Myślę, że nie byłoby nam ze sobą tak źle – roześmiałam się. – Może w innym wszechświecie się zgodziłam.
Wesołość w oczach Edena wzrosła.
– Mówiłem ci kiedyś, że pożałujesz.
– Pleciesz głupstwa. Nie żałowałam ani chwili. Jestem szczęśliwa. Po prostu myślę, że gdybym poszła inną drogą, mogłabym być całkiem zadowolona z życia również z tobą. A tobie było wszystko jedno, z kim się ożenisz, byle szły za tym pieniądze. I tak prezentowałam się lepiej niż większość kandydatek.
– To prawda – przyznał. – Lubię cię, Ellie. Jesteś jedyną kobietą, poza Aline – tak ma na imię moja żona, jeśli wszystkie okoliczne plotkary nie zdążyły cię o tym poinformować – z którą mogę porozmawiać choć trochę szczerze. Ciekawe, nie zauważyłem tego w tobie, kiedy byłaś tu po raz pierwszy.
– Trochę dorosłam.
– Tylko trochę?
– Och, gdybym dorosła całkiem i przestała się już rozwijać, to byłoby dość nudne, nie sądzisz?
Uśmiechnął się szeroko, tak, że nie sposób było tego nie odwzajemnić.
– Owszem. Dlatego mam zamiar nigdy nie dorastać do końca.
– Póki co udaje ci się to dość dobrze. – Uśmiechnęłam się. – Z tego co słyszałam, twoje drugie małżeństwo okazało się niezgorszym skandalem. Było warto?
Parsknął śmiechem.
– Absolutnie. Podekscytowanie tych starych plotkarek było jeszcze większe, niż się spodziewałem.
– Jeśli to była to twoja motywacja, śmiało mógłbyś się ubiegać o nagrodę w kategorii najgłupszych przyczyn małżeństwa.
– To tylko miły dodatek. – Przez ułamek sekundy milczał, później dorzucił: – Aline to dobra dziewczyna.
– Nie sądzę, żeby była to wiodąca kwestia w twoich małżeńskich planach.
Ponownie się roześmiał.
– Och, dobrze. Jest też bystra, ładna i ma poczucie humoru. I jest rozsądną matką, dzięki czemu ja mogę być nierozsądnym ojcem. Widzę, że z niewiadomych przyczyn nie wierzysz w szczerość moich intencji, więc, jakkolwiek byłoby to niemodne i kompromitujące, jestem zmuszony przyznać, że naprawdę ją kocham. Co prawda, gdybym tyle nie wypił któregoś wieczora… – Zacisnął usta, powstrzymując się od uśmiechu, i rzucił mi prowokujące spojrzenie spod rzęs, jakby spodziewając się, że będę zgorszona. – Zapewne nie rwałbym się tak do oświadczyn. Ale nie mogę powiedzieć, żebym żałował. Po co sobie tym psuć wspomnienie miłych chwil.
Uśmiechnęłam się tylko ponownie. W takich momentach, pośród dobrych znajomych, szczególnie żałowałam, że uniemożliwiłam Lori wyjazdy do Prowansji, że zamknęłam przed nią ten świat.
Kiedyś jej powiemy. Ale cieszę się, że nie muszę tego robić jeszcze teraz.
Rzuciłam udzielanie lekcji, zrobiłam to, kiedy tylko zaczęłam studia. To nigdy nie była moja wymarzona praca, ale całkiem ją lubiłam i ku własnemu zdziwieniu czasem trochę za tym tęsknię.
Wciąż zajmuję się rysowaniem – współpracuję z wydawnictwem, zilustrowałam już kilkanaście książek dla dzieci i przynosi mi to dumę i radość. W domu przewalają się również stosy innych malunków, tworzonych dla rozrywki, osobistej satysfakcji, czy z myślą, że kiedyś postaram się je ewentualnie dopracować i, być może, również gdzieś posłać. Na wszelki wypadek podpisuję się jako E. Lesseps – to było panieńskie nazwisko babci.
Nie osiągnęłam sławy, ale jestem znana wystarczającej liczbie osób, zrobiłam, stworzyłam tyle, żeby uznać, że osiągnęłam to, co chciałam. A najpiękniejszym jest, że to nie koniec, że przede mną wciąż tak wiele możliwości.
Gilles zdołał już zaangażować się w budowę szkoły, przekonać połowę wsi do koncepcji elektrycznego oświetlenia, a teraz stara się zrobić to samo odnośnie telefonu. Rzadko zarabia na tym, co robi, ale jest zadowolony.
Wracam do naszego pokoju. Wymijam krzesło, na którym rozwieszonych jest parę sukienek. Teraz, gdy zabrakło matki, noszę to, co zwyczajnie wydaje mi się ładne – a że kocham żywe kolory, zwykle są to proste, barwne ubrania. Gillesowi się w nich podobam, tym bardziej nie mam więc zamiaru katować się gwoli zadośćuczynienia aktualnym trendom.
Uchylam okno i chciwie wciągam w płuca czyste powietrze. Świta już. Ogród pokrywa delikatna mgła, kryjąca przed wzrokiem jasnozieloną trawę i nieśmiało już się przez nią przebijające kwiaty. Jeszcze kilka tygodni i zaczną kwitnąć jabłonie i wiśnie.
Jutro jest pierwszy dzień wiosny.
Jutro są nasze urodziny.
Za plecami słyszę szmer.
– Wracaj do łóżka, Ellie – mówi Gilles rozespanym głosem. – Przeziębisz się.
Odrywam dłonie od parapetu i wślizguję się pod kołdrę. Zanim Gilles otuli mnie i przyciągnie do siebie, zdążę jeszcze pomyśleć o wszystkim, co mnie spotkało. O wszystkim, za co powinnam być wdzięczna.
Niektóre historie mają szczęśliwe zakończenie.

Dziękuję.
Pisałam już kiedyś coś takiego przy zakończeniu opowiadania i mogę to właściwie skopiować.
Dziękuję Wam wszystkim, że byliście ze mną przez ten czas, tym komentującym i tym cicho czytającym, wszystkim. Jedną z najwspanialszych rzeczy w pisaniu jest dla mnie możliwość odbioru czyjejś reakcji i jeśli niedostatecznie Wam to pokazywałam, to pozwólcie mi teraz jeszcze raz powiedzieć, jak ogromnie jestem wdzięczna moim czytelnikom. Dziękuję, że zechcieliście mnie, właśnie mnie, poświęcić tyle swojego cennego czasu. Za wszystkie miłe – nawet jeśli bywały przesadzone, a niejednokrotnie miałam takie wrażenie, wiem, że na wiele z nich nie zasługuję – słowa. Za krytykę – choć było mi jej za mało, proszę o więcej konstruktywnej krytyki! Mówiłam to niejednokrotnie – to wy nadajecie kierunek mojemu pisaniu. Macie ogromny wpływ na fabułę, na mój sposób myślenia. Jestem Wam za to niesamowicie wdzięczna.
Mam nadzieję, że i ja mogłam Wam za to dać cokolwiek, choćby parę przyjemnie spędzonych chwil.
Chciałabym Was prosić o jedno – jeśli czytaliście, pozostawcie po sobie – w dowolnym czasie, nawet w miesiące i lata po zakończeniu – pod tym rozdziałem jakiś znak, nawet jeśli ma być to komentarz z jednym słowem, „czytałam/em”. Byłoby mi bardzo miło. Nigdy nie dopraszałam się komciów, więc mam nadzieję, że jeden na całą powieść będzie wykonalny ;).
Zainteresowanych zapraszam na moje kolejne, aktualnie pisane opowiadanie – Nightingale Hills. Tym razem dwudziestolecie międzywojenne, chyba trochę klimaty Downton Abbey.
Do zobaczenia, w tym czy innym miejscu.